Wyjechała do Albanii – teraz opowiada, jak tam naprawdę jest, część IV

Na styku dwóch mórz we Vlorze

Wrzucając ten tekst jestem już w Albanii rok i mamy oficjalnie lato (które zaczyna się 14 marca). Jako że wakacje coraz bliżej i dla większości z was oznaczają błogie leniuchowanie, dziś tekst będzie miły i przyjemny.

Jedzenie w Albanii

Jedzenie i potrawy to też część kultury. A Albania jest bardzo smaczna. Ale po kolei, najpierw jedzenie w domu.

Podawanie posiłków wygląda trochę inaczej niż w Polsce. Przede wszystkim śniadania to trochę „szwedzki stół”. Nie je się tu kanapek, nie zawsze też dostaniecie swój talerz. Chlebem (który jest pyszny) zagryza się to, co nabiera się ze wspólnych talerzy – biały ser czy warzywa. Często je się tu też śniadania na słodko i wtedy do chleba dostajesz miód albo dżemy. Ale nie popija się tego wszystkiego kawą. Kawa jest później. Tym bardziej nie dostaniesz herbaty. Herbatę pije się tu raczej podczas choroby niż na co dzień. Ewentualnie herbatę górską, zwaną też w Polsce gojnikiem. To rodzaj ziół, które potrafią rosnąć w trudnych warunkach. Podobno herbata ta ma wiele właściwości zdrowotnych.

Co ciekawe, herbaty często nie parzy się tak jak u nas, zalewając wrzątkiem, a gotując ją. Do śniadania woda, mleko albo specjalny rodzaj jogurtu (dhalle), który jest dość wodnisty i słony. Idealny na upały. Tradycyjnym śniadaniem na mieście jest byrek, popijany właśnie tym jogurtem.

Co do kanapek. Można w niektórych piekarniach (choć jeszcze mało gdzie) zobaczyć coś, co my znamy jako kanapki, jednak dla Albańczyków kanapką (po albańsku sandviҫ) jest głównie rodzaj fast foodu – podawana na ciepło podłużna bułka z sałatką, frytkami i mięsem jak do kebaba.

Albańczycy często też jedzą zupy na śniadanie. Polecam tu szczególnie zupę z kurczaka (nie rosół!). Jest to gęsta zupa z kawałkami kurczaka i cytryną. W każdym regionie smakuje inaczej i różni się sposobem podania.

Reszta posiłków wygląda podobnie jak nasze, ale tu nie podają tak gorących dań jak w Polsce. Są od razu gotowe do jedzenia, na parującą zupę nie mamy co liczyć. Wieczorem można wyjść do tawerny na kolację.

Jak wygląda jedzenie na mieście i co się w takim przypadku je?

Przede wszystkim taka biesiada trwa nawet kilka godzin, ponieważ Albańczycy są bardzo towarzyscy i lubią spędzać czas w swoim gronie. W Albanii w restauracji (również hotelowej) właściwie zawsze kelner kładzie papierowy, jednorazowy obrus. Nie spotkałam się z tym nigdzie indziej, a jest to całkiem fajne rozwiązanie. Też i dla nich ułatwienie, bo często po zabraniu naczyń wszystkie resztki zawijają w ten obrus i wyrzucają.

Na początku zamawia się sałatkę ze świeżych warzyw. Do tego sery, Albania ma pyszne sery – białe z mleka krowiego, owczego lub koziego; żółty „kashkaval” podawany na gorąco, (ale uwaga, to ser z rodzaju tych trochę śmierdzących, nie każdemu może pasować) oraz tzatziki. Na główne danie zamawia się zazwyczaj mięso. W wielu miejscach można zobaczyć pieczonego w całości barana czy kozę. Głowa barana uchodzi tu za rarytas. Jeszcze jej nie jadłam, ale kiedyś muszę się odważyć. Do tego frytki (często posypane ziołami) i oczywiście chleb. Chleb musi być. Wszystkie te potrawy stoją na stole i każdy nakłada sobie wedle uznania.

Albański obiad. A do tego widok na jezioro w Kukes. No i papierowy obrus na stole.

Jako że Albania ma ponad 360 km linii brzegowej, nie może zabraknąć ryb i owoców morza. Tu gdzie obecnie mieszkam, w Sarandzie, codziennie rano zbierają się rybacy i sprzedają (często prosto z łodzi) to, co wcześniej złowili.

Klatki do hodowli małży w okolicach Sarandy

Oczywiście są też tu makarony i pizze. No i fast foody. Ale nie McDonald! W tym kraju nie ma ani jednego! Wiem, że jest KFC. Na pewno jedno w stolicy, ale czy jeszcze gdzieś, to nie sprawdzałam. Byłam i nie polecam. Jest słabe (porcje mniejsze niż u nas) i relatywnie drogie. Lepiej wybrać albańskiego Suvlaqe (mięso, warzywa i sos zawinięte w pitę).

Jeśli nie jesteście fanami mięsa – bez obaw, w Albanii macie w czym wybierać. Oprócz wspomnianych wcześniej sałatek i serów warto spróbować faszerowanej papryki czy potrawki z okry (mała, zielona roślina przypominająca papryczki. Jest włochata, dość kleista i podobno bardzo zdrowa).

Na deser oczywiście słodkości – baklava czy trileҫe (biszkopt z trzema rodzajami mleka, idealny na lato – zimny i lekko płynny). Sezonowe owoce – figi, melony, kaki… Jest w czym wybierać.

To, co bardzo mi się podoba, to przynoszenie własnych przekąsek do baru. Idziesz obejrzeć mecz? Zamawiasz piwo, ale w tym miejscu nie mają nic do jedzenia, więc przynosisz kupione wcześniej w sklepie chipsy czy orzeszki. Kelner jeszcze podejdzie i zapyta, czy podać miseczkę. Idziesz na kawę, ale burczy ci w brzuchu? Po drodze do kawiarni wejdź do piekarni po byrka, którego zjesz w miejscu docelowym.

Polacy w Albanii

Jesteśmy głównymi turystami z Europy Zachodniej, ale o tym potem.

Oficjalnie, według danych ambasady w Albanii, na stałe jest około 50 Polaków. Liczba ta od kilku lat jest stała i ja się do niej nie zaliczam. Szczerze mówiąc, nie wiem jak dołączyć do tego grona. Choć poznałam naszego ambasadora, to nic nie mówił o tym, jak dopisać się do tego rejestru. Myślałam, że gdy dostaje się pozwolenie na pobyt, to takie informacje są przekazywane ambasadzie, ale oni nic o tym nie wiedzą. Takie dopisanie się nic nie daje, więc sama też w to nie wnikałam. O kilku Polakach wiem ze słyszenia czy Internetu, kilku poznałam osobiście. Chyba najsłynniejszą Polką w Albanii jest Iza z bloga Moja Albania. To przez nią wylądowałam w tym kraju na dłużej.

Jest jeszcze kilka polskich akcentów w Albanii. Polscy archeologowie mogą pochwalić się sukcesami w prowadzeniu prac wykopaliskowych w okolicach Szkodry. W Tiranie możemy spotkać popiersie i plac Chopina oraz tablicę upamiętniającą Tadeusza Mazowieckiego. W miejscowości Kuçova pomnik i ulicę polskiego geologa Stanisława Zubera. W miejscowości Pogradec znajdują się tablice upamiętniające Mikołaja Kopernika i Marię Skłodowską-Curie. Jest też wiele śladów Jana Pawła II – pomnik, ulice jego imienia, a nawet parafia (w której znajduje się tablica upamiętniająca Józefa Piłsudskiego). A na bazarach można kupić koszulkę Lewandowskiego.

W sklepach jest też wiele produktów pochodzących z Polski.

Bar Poland – bar założony przez Albańczyka we Vlorze

Albania pokazała mi, że powiedzenie „jak ci Polak za granicą nie pomógł, to już ci pomógł” się nie sprawdza. Tu nie rywalizujemy między sobą o pracę, życie wygląda trochę inaczej, a biurokracja jest koszmarem. Gdy potrzebowałam podpowiedzi w sprawach papierologii do nowego pozwolenia na pobyt, każdy do kogo się zwróciłam pomagał mi jak tylko mógł. Każdy jest tu dla siebie serdeczny i czuć tę polską gościnność.

Będzie tu coraz więcej Polaków na trochę dłużej niż dwutygodniowe wakacje, ponieważ rynek nieruchomości kwitnie i coraz więcej rodaków kupuje w Albanii apartamenty (a nawet hotel!). W szczycie sezonu wynajmują mieszkania turystom, a w międzyczasie sami tam mieszkają.

Kiedyś jeden z lepszych hoteli na Bałkanach (Kukes). Dziś jest to spalona rudera.

A co do Polaków w Albanii w wakacje…

Według albańskiego instytutu statystycznego w 2018 roku ponad 135 tys. Polaków odwiedziło Albanię, czyli o około 35% więcej niż w 2017 roku. W sezonie wszędzie słychać język polski, widać polskie flagi. Coraz więcej restauracji ma menu napisane po polsku i obsługa uczy się kilku podstawowych zwrotów. Na plaży można usłyszeć disco polo. Były też hotele w całości zajęte przez polskie biura podróży. Widziałam gdzieś zdjęcie, jak w 2018 roku jacyś Polacy rozstawili parawan.

Ale Albańczycy nas lubią. Mówią, że jesteśmy mili i uśmiechnięci. Nie jesteśmy zbyt wymagający i wszystko nam pasuje.

Wakacje w Albanii

Myślę, że Albania jest teraz chętnie wybierana przez turystów ze względu na bezpieczeństwo – brak ataków terrorystycznych przede wszystkim, ale również swoboda poruszania się – Albańczycy dbają, by turystom włos z głowy nie spadł. Niskie ceny również nas zachęcają. Choć z roku na rok jest coraz drożej, to wciąż taniej niż w Polsce, no i w popularnej i ukochanej przez Polaków Chorwacji. W lato możemy w większości liczyć na upał i gorące morze.

Myślę, że Albania nie jest dla każdego. Jeśli planujemy spędzić wakacje tylko w hotelu, pijąc drinka za drinkiem z myślą, że za dolara napiwku obsługa będzie dla nas wyjątkowo miła, jak to było w Egipcie czy Turcji, to… nie. Choć może stosunek obsługi do turystów w Turcji i Egipcie się zmienił, dawno nie byłam i ciężko mi powiedzieć, jak to teraz wygląda. Pamiętam, że po napiwku lali więcej alkoholu czy sami podchodzili do stolika, a nie trzeba było iść do baru. Po prostu byli bardziej mili.

W Albanii obsługa będzie dla ciebie miła, jak na to zasłużysz. Proste – jesteś miły, uśmiechnięty i nie robisz problemów z byle powodu? Oni też będą mili. Albańczyk musi cię po prostu polubić. Może dla niektórych to brzmi banalnie i jest to oczywiste, ale niestety różne sytuacje już widziałam. Myślę, że jak większość z nas na wakacjach.

Moimi ulubionymi zażaleniami są monotonne śniadania. Co z tego, że jest ogromny wybór, skoro codziennie to samo. Choć na razie wygrywa u mnie opinia z jednego z hoteli, gdzie klient napisał, że piasek na hotelowej plaży był za mało żółty.

Co do pobytu tylko w hotelu, to może być zwyczajnie nudno. Animacje nie są tu jeszcze tak powszechne, też nie jest łatwo znaleźć hotel z basenem, nie mówiąc o jakichś zjeżdżalniach. Jeśli jednak jesteśmy otwarci na świat i czasami możemy przymknąć oko na małe niedociągnięcia czy śmieci, to Albania na was czeka!

Zaplecze sanitarne jednej z plaż

Słyszałam też głosy, że Polacy wybierają Albanię, aby przypomnieć sobie lata 80. u nas w kraju. Tu stare czasy przeplatają się z nowoczesnością. Wszędzie jest Internet, ale rachunki płacisz na poczcie. Chcesz pojechać gdzieś dalej autobusem – kupujesz bilet w kasie, a nie on-line. Choć myślę, że jeszcze kilka lat i Albania straci swoja „dzikość”, a ceny będą na poziomie tych z Chorwacji.

Skoro zdecydowaliśmy się już na Albanię, musimy pomyśleć gdzie. Najważniejsze miasta turystyczne to Durres/Golem, Vlora i Saranda/Ksamil.

Swoją przygodę z Albanią zaczęłam w Durres. Gdybym wtedy zapytała się na forum, czy to dobry pomysł, chyba zrobiłabym wszystko, aby te wakacje odwołać i nie wiedziałabym co tracę. Określane jest raczej jako brzydkie miasto, gdzie nie ma nic do roboty. Fakt, Durres leży nad Adriatykiem, jest to też miasto portowe i plaże są tam piaszczyste, przez co woda w morzu nie jest idealnie niebieska i przejrzysta (określana jest, że wygląda jak nasz Bałtyk, co ma znaczenie pejoratywne, zupełnie nie wiem czemu, bo gdyby Bałtyk był taki ciepły jak morze tu, to bym była przeszczęśliwa). Plaże są szerokie i woda dłuuugo płytka. Durres to drugie największe miasto w Albanii, przez co jest pełne kafejek czy restauracji. Oczywiście jest deptak (chyba w większości miast jest specjalne miejsce na wieczorny spacer). W Durres jest kilka zabytków, jest dobrą bazą wypadową do ważnych punktów w Albanii i leży blisko stolicy (30 min jazdy). Czemu napisałam obok Golem? Golem to oddzielna miejscowość, leżąca ok .30 min autobusem od centrum Durres. Jest to typowe, wakacyjne miasteczko. Jednak wiele biur podróży, jak i często turyści traktują to jako część Durres.

Centrum Durres

Vlora

Vlora jest bardzo ciekawym miejscem. Straciła trochę renomę przez ciągnące się przebudowy miasta, ale teraz jest całkiem nieźle. Chyba największym atutem Vlory jest to, że ma dostęp do obu mórz, bo właśnie tam jest umowna granica pomiędzy Adriatykiem a Morzem Jońskim. Dzięki takiemu położeniu ma oba typy plaży – piaszczyste z płytką wodą i kamieniste z mniej łagodnym zejściem, ale za to o pięknym kolorze wody. Vlora była kiedyś stolicą kraju, dzięki czemu w samym mieście jest co zobaczyć. Można też wybrać się na różnego rodzaje rejsy. To podczas nich najczęściej można zobaczy delfiny!

Największą wadą Vlory jest jej położenie – teoretycznie najtrudniej się tam dostać. Ze stolicy trzeba jechać około 3 godziny, z południa, jeśli chcemy dostać się do Albanii promem z Korfu, trzeba liczyć około 5 godzin busem.

Widok na Vlorę

Saranda i Ksamil

Moje obecne miejsce zamieszkania, które trochę już mi się przejadło… Najczęściej polecane miejscowości, gdy pada pytanie o wybór miejsca. Leżą nad Morzem Jońskim, bardzo blisko Korfu. Woda ma piękne odcienie niebieskiego. W Sarandzie plaże są kamieniste i żwirowe, a w Ksamil znajdziemy też piaszczyste. Ksamil był jeszcze niedawno wioską rybacką, więc nie ma tam nic do zobaczenia. W Sarandzie jest kilka punktów, za to wokół tych miast jest zdecydowanie co zwiedzać. Oczywiście w obu jest deptak!

Szczerze mówiąc, nie rozumiem aż takiego zachwytu nad tymi dwoma miastami, ani nazywaniem ich rajem na ziemi – są małe, przez co bardziej odczuwa się tłum turystów. Jest też tu najdrożej w całej Albanii.

Chyba najpopularniejsze ujęcie Ksamil (luty 2019)

Są też oczywiście mniejsze miejscowości do spędzania wakacji, ale lepiej je wybrać, gdy ma się do dyspozycji samochód.

Albania to nie tylko morze – to również góry, ale ja jestem „morzolubna” i chodzenie po górach mi nie w głowie. Nie jest to jeszcze tak popularne w Albanii i nie wszędzie znajdziemy szlaki.

Gjallica (2489 m n.p.m.)

Prócz morza i gór jest tu wiele miejsc do zobaczenia: parki archeologiczne, muzea, zamki, liczne kościoły i cuda natury.

Ruiny jednego z zamków

Życie w Albanii

Mój pobyt w Albanii poza sezonem i w nieturystycznej miejscowości trochę zmienił moje postrzeganie kraju. Mogę ją ocenić z trochę szerszej perspektywy, ale myślę, że wciąż niewiele wiem. Przede wszystkim widzę ogromną różnicę pomiędzy Kukes a Sarandą, jeśli chodzi o podejście do uczciwości przy płaceniu. Pamiętam, jak w Kukes w sklepie obok naszego mieszkania pan pomylił się przy liczeniu o 50 leków (niecałe 2 zł) i po 15 minutach przyszedł do nas oddać je, przepraszając. W sklepie raz zapomniałam spakować słonecznik, za który zapłaciłam, i został przy kasie. Następnego dnia kasjerka, jak tylko mnie zobaczyła, oddała mi go. Takie małe, bzdurne sytuacje, dzięki którym robi się miło.


Ostatnio jechałam autobusem miejskim. Pasażerem była również…owca

W Sarandzie za to nauczyłam się mocno pilnować w sklepie – patrzę, co wbijają na kasę i pilnuję wydawania reszty (często nie jest to kwota wielkości 2 zł, tylko raczej 20). Nie raz próbowali mnie i innych obcokrajowców mieszkających tu na stałe oszukać w sklepie czy restauracji. Nie wiem, z czego to wynika. Czy prowadzenie turystycznego biznesu aż tak bardzo ich zepsuło? Nie wiem, czy w wakacje też oszukują (nie zwracałam na to uwagi), czy pilnują się, żeby robić dobre wrażenie na turystach. Oczywiście nie wszędzie i nie każdy oszukuje. Nadal jednak w wielu miejscach można poczuć albańską gościnność i serdeczność.

Rezerwując noclegi podczas podróży po Albanii, często czułam się zaopiekowana. Chyba najmilej wspominam pobyt we Vlorze, gdzie pani gospodyni upiekła dla nas ciasto, a następnego dnia pan gospodarz przyniósł świeżo zerwane morele.

Moim zdaniem najmilsi ludzie w Albanii pracują w piekarniach. Są zawsze uśmiechnięci. Tu, w Sarandzie, mam dwie ulubione, gdzie panie dzielnie znoszą mój łamany albański i próbują zamienić ze mną kilka słów. Czasami dostanę też chleb czy byrka „spod lady” – jeszcze ciepłe, czekające na swoją kolej do wyłożenia, aż obecny asortyment zostanie sprzedany.

Pamiętam, jak usłyszałam, że w Sarandzie w sezonie kelner zarabia nawet 1000 euro miesięcznie. Byłam w szoku, że aż tyle. Dopiero potem zostałam uświadomiona, że nie jest tak kolorowo. Przede wszystkim często pracują tylko w sezonie, więc muszą zarobić przez ten czas na cały rok. A do tego pracują codziennie (7 dni w tygodniu, dzień w dzień!) nawet po 14 godzin. Licząc to wszystko, wychodzi pełne 2 euro za godzinę. To już nie brzmi tak dobrze. W miastach nieturystycznych słyszałam, że kelner zarabia 100 euro. Od 2019 roku minimalna pensja wynosi około 200 euro i jest najniższa na Bałkanach. Skąd ta różnica? Brak umowy o pracę. To jest smutne. Jasne, jest tu taniej niż w Polsce, szczególnie w nieturystycznych miejscowościach, ale nie aż tak. Do tego mają płatne studia i rozkład zajęć podobny do tego, jaki znamy z liceum – zajęcia codziennie, od poniedziałku do piątku, trzeba chodzić i siedzieć od 8 do 15. Do tego Albania ma wysoki wskaźnik przedwczesnego kończenia edukacji z powodów finansowych lub ogromnych odległości, jakie dziecko musi pokonać, aby dotrzeć do szkoły.

Boisko szkoły położonej w górach

Albania to dla mnie niezła szkoła życia. W Polsce miałam wygodne życie. A tu? Problemy z wodą i prądem. Okropna zima (bez większych mrozów, ale trudna do zniesienia). Zarobki mam dość albańskie, a muszę sama opłacić mieszkanie. Nauczyłam się dzięki temu planować swój budżet i myśleć dwa razy, czy potrzebuję danej rzeczy. W Polsce zawsze mogłam wziąć dodatkowe godziny w pracy, tu już nie.

Wciąż jednak brak we mnie tego albańskiego luzu i przyjmowania rzeczywistości taką, jaka jest.

Czasami po prostu czegoś nie da się zrobić czy dostać. I tak już będzie. Wciąż przejmuję się bezsilnością w niektórych sprawach i nie umiem rozłożyć nad tym rąk. I jeszcze ich kolejki! Często wpychają się przed ciebie „bo tak”. To żyje własnym życiem, nieważne, kto przed tobą stoi. Byle szybciej. Czekanie w kolejce do nadania bagażu na lotnisku w Budapeszcie do Tirany było męczące. Dwóch pracowników lotniska nie dawało rady ogarnąć kolejki, musieli poprosić jeszcze jedną osobę do pomocy. Albańczycy olewali polecenia obsługi, gdy kierowali ich, w której kolejce mają stanąć, a którędy wyjść po kontroli, i jakby nie zauważali, że punkt już się zwolnił i kolejna osoba może podejść. Tak samo kolejka do kontroli dokumentów. Informacja, że tylko dla obywateli krajów UE? Co z tego, że kolejna osoba została odesłana do innego okienka, może jemu się uda.

W lutym chodziłam od urzędu do urzędu, po papiery na nowe pozwolenie na pobyt. Co chwilę coś nowego potrzebne, dokumenty z listy, które są niezbędne, okazują się nie do dostania, bo mnie nie dotyczą. Co chwilę gdzieś chodziłam i coś wyjaśniałam. Przy tym polska biurokracja to nic. No i rozmawiamy w języku, który rozumiemy. Tu, choć urzędnik pracuje z obcokrajowcami, nie zobowiązuje go to do znajomości angielskiego. Nie ma też potrzebnych informacji w Internecie.

Zaczęłam też doceniać bardziej to co mam i swobodę jako obywatel Polski. Chcesz polecieć na weekend za granicę? Szukasz promocji i kupujesz bilet. Tu takie wyjazdy są drogie, trudne do zorganizowania i zazwyczaj wymagają paszportu. Pamiętam, jak w Kukes taką wycieczką „do wielkiego świata” była wycieczka do Prizren w Kosowie. Co było obowiązkowym punktem? Odwiedziny ogromnego sklepu, coś jak Tesco czy inny Auchan – wielkopowierzchniowy sklep ze wszystkimi artykułami. Coś, co dla nas jest normą, czasami też męczącym obowiązkiem (cotygodniowe zakupy w wielkim sklepie pełnym ludzi, a potem stanie w kolejkach), dla nich było trudno dostępną atrakcją. Ostatnio pojawił się raport ONZ o najszczęśliwszych krajach świata. Na 156 miejsc Polska była 40., a Albania 107.

Pozostałości komunizmu

Czy wróciłabym do Polski?

Przede wszystkim nie wyjechałam dlatego, że w Polsce było mi źle, byłam ciekawa Albanii. Ale teraz bym nie wróciła. Najbardziej depresyjna była zima (od listopada do połowy lutego). Wtedy właściwie każdego dnia myślałam o powrocie. Tęskniłam za czymś oczywistym dla nas – ciepłym mieszkaniu zimą. Siedzenie w tak małej, typowo turystycznej miejscowości poza sezonem jest też nudne. Nie ma tu żadnego kina. Owszem, obcokrajowcy (głównie Amerykanie, nie mam pojęcia czemu aż tylu ich się tu zjeżdża na stałe) organizują jakieś spotkania, ale średnia wieku uczestników to jakieś 50+, więc nie do końca moje towarzystwo.

Nie ma tu też takich miejsc do spacerowania, do jakich jestem przyzwyczajona – starówka czy las… Tzn. jest deptak! Ale nazywam go już moim więziennym spacerniakiem. Jak od ponad pół roku prawie codziennie robisz jedną trasę od początku deptaka do portu, to można się trochę znudzić. Można iść w górę miasta, ale tam ciągle jeżdżą samochody, więc jest głośno i mało przyjemnie. Zresztą wiele miejsc jest zamkniętych. Sezon kończy się całkowicie w pierwszej połowie października. Pierwszy tydzień po wyjeździe turystów był bardzo dziwny – miasto wymarło.

W porcie Sarandy można czasami zauważyć najdroższy prywatny jacht na świecie (ok. 400 mln euro)

Jest tu też głośno – samochody, motory i hałaśliwi ludzie. Do tego mimowolnie stałam się trochę „celebrytką”. Wiele osób wie, skąd jestem, gdzie pracuję. Zdarzało się, że obcy faceci robili mi zdjęcia. Potem szukali mnie w mediach społecznościowych i mi je wysyłali, pisząc: „Cześć, widziałem cię dzisiaj na mieście”. Nie bardzo wiem, co mam robić z takimi wiadomościami, dlatego takich detektywów zazwyczaj blokuję, a i moje media społecznościowe zrobiłam bardziej prywatne i niedostępne. Kiedyś jeszcze z nimi dla rozrywki pisałam, ale znudziło mi się odpowiadać na multum pytań o moje życie. Takie wywiady, ale nie do gazety, i to jeszcze bez wynagrodzenia. Cóż, potrafią wytrwale prawić piękne komplementy, ale flirt słabo im wychodzi.

W trakcie wolontariatu miałam także wywiad w radiu – czemu trafiłam do Albanii i moje pierwsze wrażenia. W trakcie imprezy z otwarcia nowego lokalu w Kukes lokalna telewizja zrobiła ze mną wywiad. Ostatecznie okazało się, że wcale ich nie obchodzi, co mam do powiedzenia. Tylko pokazują, jak mówię, ale zamiast moich słów leci albo muzyka, albo częściowo wypowiedź właściciela, którego pokazują co jakiś czas.

Poza tym wszystkim myślę, że Polacy i Albańczycy są bardzo podobni. I Polacy, i Albańczycy są uznawani za gościnnych. I my, i oni próbujemy gdzieś coś kombinować, żeby było nam lepiej. Często myślimy o wyjeździe z kraju jako o lepszej perspektywie. Zdjęcie butów przy wchodzeniu do domu jest dla obu narodów obowiązkowe! Jedzenie też jest podobne – zupy, mięso, grill. No i chleb – pasuje do wszystkiego i jest bardzo ważny. Bez chleba się nie najesz. I lubimy wypić. I my, i oni nie lubimy siebie wzajemnie. Warszawiak marudzi na tych z Krakowa, a w Albanii ten z Durres powie, że ci z Vlory to są dziwni, a ci z północy to już w ogóle!

Teraz przede wszystkim trzyma mnie myśl zmiany pracy i miasta! Kolejna, trzecia już przeprowadzka w Albanii. Zostawiam robotę papierkową na rzecz tego, co chciałam robić! Pod koniec kwietnia jadę do Golem (koło Durres), gdzie będę pracować dla Izy z Mojej Albanii. Sama mnie namawiała na przyjazd tu, to niech mnie teraz znosi 😉 Teraz o Albanii będę mogła nie tylko pisać, ale o moich doświadczeniach (i nie tylko) opowiadać innym bezpośrednio. Jeśli więc spodobały wam się moje teksty i może akurat ktoś z was wybiera się w tamte rejony, to serdecznie zapraszam! Jak nie na wycieczkę, to chociaż na chwilę do biura pogadać. Będzie mi miło was spotkać. Czuję małą satysfakcję, bo, nieskromnie mówiąc, dzięki mnie jeden z bojowników Joe Monstera planuje tu wycieczkę w maju.

Tym tekstem kończę (prawdopodobnie) swoje artykuły o Albanii. Choć nie wykluczam, że po sezonie najdzie mnie myśl o wróceniu do pisania i podzieleniu się z wami moim doświadczeniem z kolejnego regionu tego kraju i spotkaniu z tamtejszą rzeczywistością, jak i biznesem turystycznym.

Prawdopodobnie w październiku kończę moją półtoraroczną przygodę z Albanią. Czy na zawsze? Nie wiem. Nie sądzę. Ja i Albania mamy dość słodko-gorzką relację, jak w typowym związku. Niby się kochacie, ale są kryzysy i zastanawiacie się po co to wszystko. Kolejna albańska zima to zdecydowanie za dużo jak dla mnie.

Dziękuję wam za wszystkie miłe słowa, komentarze i wiadomości. Wiem też, że parę osób znalazło mnie na Instagramie. Na instastory wrzucam czasem jakieś mniej czy bardziej ciekawe rzeczy z Albanii, ale głównie chwalę się widokami i ładną pogodą. I tak, wszyscy wiemy, że Albania nie istnieje i że Popek jest królem Albanii… Ewentualnie, że jest tu mafia, jeśli ktoś oglądał film „Uprowadzona”. Mam nadzieję, że mogliście się czegoś ciekawego dowiedzieć, a może kogoś jeszcze zachęciłam do odwiedzin. Pamiętajcie, żeby traktować te teksty z przymrużeniem oka. Tu naprawdę może być fajnie, ale czasami to też zależy od nas samych. Jeśli chcecie coś jeszcze do poczytania o albańskiej codzienności, to polecam krótką książkę „Przewodnik ksenofoba. Albania”. Napisana lekko i przyjemnie.

Do zobaczenia gdzieś tu w komentarzach lub (mam nadzieję) osobiście!

A na razie pozdrawiam was ciepło (w dzień 23 stopnie) z mojego dachu z widokiem na całe miasto i morze 😀

Zobacz poprzedni odcinek [klik]!

Źródła: 1, 2, 3

Let’s block ads! (Why?)

Źródło: Joemonster.org

Podziel się!

Dodaj komentarz